Drony, państwa bałtyckie a Polska - Konfederacja

Drony, państwa bałtyckie a Polska

Krystian Kamiński – b. poseł Konfederacji

Upadek ukraińskich dronów na terytorium państw bałtyckich nie jest incydentem lokalnym. To sygnał, który dotyczy bezpośrednio Polski, niezależnie od tego, czy chcemy go tak odczytać.

Groza wojny na Bliskim Wschodzie przyćmiła w pewnym stopniu zdarzenia o militarnym charakterze, z jakimi mieliśmy w ostatnich dniach do czynienia w państwach bałtyckich. Nie jest to zaskakujące. Wojna USA i Izraela z Iranem faktycznie ma pierwszorzędne znaczenie, bo jej przebieg poważnie nadwyrężył siłę odstraszania i wiarygodność sojuszniczych gwarancji Stanów Zjednoczonych, od których pookrągłostołowe elity uzależniły bezpieczeństwo Polski. Iran, niczym partyzant globu, podważa nie tyle globalną hegemonię USA, dawno już skruszałą, ile ich wpływy w rimlandzie Eurazji, co, jeśli konflikt będzie zmierzał w tym kierunku, może mieć znaczenie historyczne nie tylko dla Polski, ale i całego świata.

Niemniej upadek ukraińskich dronów na Litwie, Łotwie i w Estonii przypomina nam o pierwszym objawie upadku amerykańskiej dominacji nad światem, jakim był wybuch regularnej, masowej wojny w Europie. W nocy z poniedziałku na wtorek na zamarzniętej tafli jeziora Lavysas na Litwie rozbił się dron uderzeniowy. Już we wczesnych godzinach porannych w środę dron rozbił się o komin Auvere w północno-wschodniej Estonii. Mniej więcej w tym samym czasie rozbił się dron w łotewskiej gminie Krasław, kilkaset metrów od zabudowy. Wszystkie te drony były uzbrojone i wszystkie eksplodowały.

W przypadku incydentów na Łotwie i w Estonii urzędnicy i media tych państw początkowo upowszechnili informacje, że na ich terytorium spadły drony rosyjskie. Dopiero po paru godzinach ujawnili, że drony były ukraińskie. W grę wchodzi więc albo próba tuszowania sprawy, albo brak świadomości sytuacyjnej kierownictwa polityczno-wojskowego tych państw w kwestii tego, co i od kogo wlatuje na ich terytorium.

Ujawniając, że drony pochodziły z Ukrainy, przedstawiciele władz państw bałtyckich robili wiele, by ich reakcje nie wyglądały na publiczne pretensje do Kijowa. „To konkretna konsekwencja pełnoskalowej wojny agresji Rosji” – powiedział minister spraw zagranicznych Estonii. „To nie jest lokalny incydent, to część szerszego obrazu bezpieczeństwa. Rosyjska agresja przeciwko Ukrainie tworzy dodatkowe ryzyka dla całego regionu” – stwierdziła litewska premier Inga Ruginienė. To wyraźny brak asertywności wobec Ukrainy. Trudno wierzyć, by te państwa były w stanie twardo określać jakiekolwiek warunki brzegowe wobec Kijowa, zwłaszcza biorąc pod uwagę ich mały potencjał, jak i nastawienie polityczne ich elit. Już na rozpoczęcie śledztwa Bałtowie uznali za stosowne podkreślić, że drony wleciały znad terytorium Białorusi lub Rosji, zbaczając z kursu wyznaczonego w ramach ukraińskiej operacji uderzenia na rosyjskie instalacje naftoportowe w obwodzie leningradzkim.

Truizmem jest stwierdzenie, że Ukraina ma interes w stwarzaniu sytuacji wciągających NATO lub poszczególne państwa w wojnę. Mówimy zresztą raczej o tym drugim. Słowa Trumpa, który przy okazji niepowodzeń swojej wojny przeciw Iranowi próbuje dzielić się odpowiedzialnością za to z europejskimi sojusznikami i mówi, że sojusznicy z NATO „nie zrobili absolutnie niczego” na rzecz ataku na Iran oraz że „USA nie potrzebują niczego od NATO, ale nie zapomną” dystansu wobec ataku, znoszenie kolejnych sankcji wobec Rosji i Białorusi, wyraźny już kurs na jakąś formę układu z Moskwą uprawdopodabniają niegdysiejszą tezę Emmanuela Macrona, że NATO jest w stanie śmierci klinicznej. Uprawdopodobniają ją także słabe reakcje aparatu Sojuszu i zachodnich sojuszników na to, co się zdarzyło na, do niedawna tak często odmienianej przez wszystkie przypadki, a obecnie jakby mniej, „wschodniej flance”.

Z kłopotami, jakie wytwarza wojenny przypadek, ale być może świadoma strategia Kijowa, możemy wkrótce pozostać sami. I to zarówno w sytuacji, gdyby się okazało, że Ukraińcy wykorzystują w działaniach przeciwko Rosji terytorium Polski, jak i w sytuacji, gdy wykorzystane zostanie terytorium tylko państw bałtyckich i wyniknie z tego eskalacja. W przypadku tych słabych, małych, niekorzystnie położonych państw, posiadających zauważalne grupy społeczne, na które Rosja może liczyć, eskalacja taka jest właśnie najbardziej prawdopodobna. Państwa te tworzą bowiem dla Rosji najdogodniejszy teatr do przetestowania, ile życia zostało w NATO, i ewentualnego całkowitego pozbawienia go wiarygodności, co uruchomi już niepowstrzymaną jego erozję.

Czy jesteśmy gotowi ruszać, bez materialnych zasobów USA i całego NATO za plecami, bez ich kinetycznych działań, na odsiecz państwom bałtyckim? Szczerze mówiąc, nie jesteśmy, bo całe nasze siły zbrojne przygotowane zostały jako siły pomocnicze kolektywnej, a w zasadzie amerykańskiej operacji.

Zachowanie Ukraińców sugeruje to samo, co zachowanie rządów państw bałtyckich. Nawet jeśli doszło do „zbłądzenia dronów”, które leciały i cały czas miały lecieć nad terytorium Białorusi oraz Rosji na skutek walki radioelektronicznej, to i tak, wobec powagi sytuacji, powinny wybrzmieć jakieś wyrazy ubolewania ze strony Kijowa oraz solenne deklaracje, że terytorium państw NATO nigdy nie będzie wykorzystywane bez ich zgody do działań wojennych. To jednak nie wybrzmiało, co w moim przekonaniu pokazuje nastawienie Ukraińców.

Pozostaje rozważyć jeszcze jeden scenariusz. Być może ta zgoda państw bałtyckich jest. Przypomnijmy sobie, o ilu ryzykownych działaniach mających cechy asysty Ukrainie w toczonej wojnie polska opinia publiczna dowiadywała się po czasie i nie od polskich polityków. Czy biorąc pod uwagę bezwarunkowo proukraińskie nastawienie rządu Mateusza Morawieckiego, a obecnie rządu Donalda Tuska, oraz jeszcze bardziej wychylone w tym zakresie podejście rządów państw bałtyckich, jesteście pewni, drodzy czytelnicy, że nie ma milczącej zgody na startowanie ukraińskich dronów z terytorium Polski, Estonii, Litwy czy Łotwy albo choćby zgody na wykorzystanie naszej przestrzeni powietrznej do ataków na północno-zachodnią część Rosji?

Rzut oka na mapę, na przestrzeń między Ukrainą a obwodem leningradzkim, sugeruje, że wykorzystanie przez Ukraińców przestrzeni powietrznej Polski i państw bałtyckich może być dla nich bardzo pożądane w przypadku ataków dronowych na ten region Rosji.

Sprawa dronów, które rozbiły się w państwach bałtyckich, powinna więc znaleźć się w centrum debaty politycznej, jawnej wobec społeczeństwa, z udziałem polityków, i w przejrzysty sposób powinna zostać wyjaśniona Polakom. W centrum tej debaty powinna też w końcu znaleźć się kwestia scenariusza polityki bezpieczeństwa w sytuacji erozji NATO oraz miejsca w tej polityce państw bałtyckich, ujmowanych już w warunkach innych niż te definiowane przez domniemaną funkcjonalność Sojuszu Północnoatlantyckiego. Jak mamy zachować się w przypadku ich zaangażowania się w wojnę z takiego lub innego powodu? Jak mamy zachować się w takiej sytuacji, nie jako jeden z 32 członków systemu bezpieczeństwa zbiorowego, coraz mniej bezpiecznego i coraz mniej kolektywnego, ale jako suwerenne państwo w bardzo niepewnym otoczeniu politycznym? Takiej debaty brak.

Skomentuj

Privacy Overview

This website uses cookies so that we can provide you with the best user experience possible. Cookie information is stored in your browser and performs functions such as recognising you when you return to our website and helping our team to understand which sections of the website you find most interesting and useful.