Krystian Kamiński, b. poseł na Sejm
Oczy świata zwrócone są dziś oczywiście ku Wenezueli i wydarzeniom, które tam nastąpiły. Tymczasem historia toczy się także na innych frontach, między innymi na Bliskim Wschodzie, w Jemenie. Warto się temu przyjrzeć bliżej.
Schyłek zeszłego roku przyniósł nową eskalację i nowy front konfliktu w Jemenie, konfliktu niesłusznie zapomnianego, bo państwo to leży w strategicznym punkcie globu, nad cieśniną Bab al-Mandab, przez którą wiedzie główny morski szlak handlowy z Azji do Europy. Jak wielkie to znaczenie, okazało się, gdy jedna z frakcji wojny domowej w Jemenie, kontrolujący jego formalną stolicę Ansarullah, ruch miejscowych szyitów zajdytów, zaczął atakować na Morzu Czerwonym i w Zatoce Adeńskiej statki powiązane w jakikolwiek sposób z Izraelem lub państwami wspierającymi Tel Awiw. Pisałem w styczniu zeszłego roku, że to wspierany przez Iran zbrojny ruch dyskryminowanych przez dekady jemeńskich szyitów zajdytów okazał się aktorem, który obnażył upadek światowej hegemonii USA. Waszyngton, którego globalny prymat opierał się w dużym stopniu na kontroli nad światową żeglugą, nie był w stanie zniszczyć ruchu zwanego w mediach Hutich ani powstrzymać ich morskich ataków na kolejne statki.
Przez ostatnie jedenaście lat USA próbowały pozbyć się Ansarullahu, wspierając zainteresowane tym Arabię Saudyjską i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Ich sunniccy monarchowie uważają istnienie republiki zajdyckich radykałów na własnym półwyspie za zagrożenie na każdym poziomie. W marcu 2015 roku Saudowie i Emiraty rozpoczęły bezpośrednią interwencję wojskową w Jemenie. Ci pierwsi głównie poprzez bombardowania z powietrza, ZEA zaś przez wysłanie części oddziałów lądowych, a przede wszystkim organizowanie sił miejscowych wspieranych przez faktycznych najemników, których Abu Zabi potrafiło ściągać nawet z Sudanu. Choć Rijad interweniował pod marką szerszej koalicji państw arabskich, w praktyce na placu szybko pozostali jedynie Saudyjczycy i Emiraty. Efekt był mniej niż połowiczny. Udało się powstrzymać Ansarullah przed zdobyciem drugiego najważniejszego miasta kraju, portowego Adenu, a wraz z nim całego południowego Jemenu. Jednak szyici zajdyci utrzymali kontrolę nad większością gęsto zaludnionej części kraju i urośli w siłę, rozbudowując z pomocą Iranu rakietowy i dronowy komponent swoich sił zbrojnych. Stało się tak mimo rozległego finansowego, materiałowego i operacyjnego wsparcia dla interwentów, udzielanego przez USA i Wielką Brytanię.
Choć Arabia Saudyjska w niektórych rankingach sięga nawet piątego miejsca (SIPRI umieścił ją w 2024 roku na siódmym) pod względem finansowania sfery militarnej, po raz kolejny okazało się, że pieniądze i kosztowne amerykańskie uzbrojenie same z siebie nie walczą i nie wygrywają.
W 2022 roku, w wyniku rozmów i czasowego rozejmu, konflikt nabrał mniejszej intensywności. Saudowie nie osiągnęli jednak swojego celu. Oficjalny rząd, najpierw pod przewodnictwem prezydenta Abd Rabbuha Mansura Hadiego, a od 2022 roku Rada Prezydialna z Raszadem al-Alimim na czele, pozostaje słaby, kontroluje niewielką część terytorium kraju, a nawet tę najczęściej pośrednio poprzez, jak to bywa w Jemenie, siły klanowe, których lojalność jest zmienna.
Znacznie pewniej, choć także pośrednio, usadowiły się w Jemenie Emiraty. Zaczęły finansować, zbroić i wspierać wojskowo południowojemeńskich separatystów. W latach 1967–1990 na południu istniała Ludowo-Demokratyczna Republika Jemenu ze stolicą w Adenie, jedyne komunistyczne państwo arabskie. Pozostawała ona w napiętych relacjach z Jemenem Północnym. Wraz z końcem zimnej wojny w 1990 roku doszło do zjednoczenia dwóch Jemenów. W praktyce jednak ówczesny dyktator Ali Salih zmajoryzował i zmarginalizował południowców, co wywołało krótkotrwałą wojnę domową w 1994 roku. Powstały resentyment zaowocował po załamaniu się jego dyktatury w 2011 roku konsolidacją separatyzmu w postaci Południowej Rady Przejściowej (STC). W 2019 roku proklamowała ona jako swój cel autonomię, choć jej politycy z Ajdarusem al-Zubajdim na czele nie bez podstaw są podejrzewani o dążenie do całkowitej secesji. To hasło regularnie wybrzmiewa na masowych manifestacjach w Adenie, urządzanych pod flagą dawnego Jemenu Południowego.
To właśnie oddziały STC sprowokowały nową eskalację konfliktu w Jemenie i pogłębienie podziału wśród dotychczasowych sojuszników walczących z Ansarullahem. 2 grudnia siły STC rozpoczęły operację, która doprowadziła w ciągu dwóch tygodni do zajęcia większości obszaru dwóch wschodnich prowincji Jemenu (niegdyś części Jemenu Południowego), Al-Mahry i Hadramautu. To 550 tysięcy kilometrów kwadratowych rzadko zaludnionego, pustynnego obszaru. Przylega on jednak na długim odcinku granicy do terytorium saudyjskiego królestwa. Co ważne, w Hadramaucie znajduje się większa część jemeńskich zasobów ropy. Na polu naftowym Al-Masilah, nawet w stanie obecnej degradacji, wydobywa się około 80–90 tysięcy baryłek ropy dziennie.
Zajęcie tych prowincji Saudowie potraktowali jako znaczące podważenie swojej pozycji, nóż skierowany w miękkie podbrzusze królestwa. 26 grudnia ostre w tonie oświadczenia saudyjskiego Ministerstwa Obrony i Ministerstwa Spraw Zagranicznych zostały przypieczętowane nalotem lotnictwa Rijadu na pozycje oddziałów STC pod Wadi Nahab w Hadramaucie. Dzień wcześniej dwóch bojowników STC zginęło w tej samej prowincji w zasadzce urządzonej przez grupę klanową orientującą się na Saudów.
30 grudnia saudyjskie lotnictwo wojskowe zbombardowało w jemeńskim porcie Mukalla ładunek broni i pojazdów wojskowych wysłany z ZEA, najpewniej dla STC. Ministerstwo Spraw Zagranicznych Arabii Saudyjskiej wystosowało tego samego dnia ultimatum wobec sąsiada, by ten w ciągu 24 godzin wycofał wszystkie swoje oddziały i sprzęt z Jemenu. Określając pretensje mieszkańców południowego Jemenu jako uzasadnioną sprawę o wymiarze historycznym i społecznym, Rijad podkreślił, że można ją rozwiązać jedynie poprzez dialog w ramach kompleksowego rozwiązania politycznego z udziałem wszystkich stron.
Abu Zabi odpowiedziało natychmiast pojednawczym oświadczeniem wskazującym na formalne ugięcie się przed ultimatum sąsiadów. „ZEA kategorycznie odrzuca próby angażowania ich nazwy w operacje wojskowe zagrażające bezpieczeństwu siostrzanego Królestwa Arabii Saudyjskiej lub wymierzone w jego granice” – napisano w oświadczeniu emirackiego MSZ, w którym zadeklarowano dbałość o bezpieczeństwo sąsiada. Także w kwestii ofensywy południowojemeńskich separatystów Abu Zabi chce działać w koordynacji z braćmi Saudyjczykami. Ministerstwo Obrony ZEA ogłosiło, że dobrowolnie zakończyło misję swoich jednostek antyterrorystycznych w Jemenie. Poinformowało, że decyzja została podjęta po kompleksowej ocenie ostatnich wydarzeń. Dodało też, że jednostki antyterrorystyczne były jedynymi siłami, które pozostały w Jemenie od czasu wycofania się większego kontyngentu w 2019 roku.
Saudowie osiągnęli sukces polityczny i taktyczny. Potwierdzili swoją sprawczość wobec kłębowiska skonfliktowanych frakcji w Jemenie i podparli wiarygodność Rady Prezydialnej Al-Alimiego. Jestem skłonny uwierzyć, że Emiraty faktycznie zredukują swoją bezpośrednią obecność w Jemenie. Nie sądzę natomiast, by zaprzestały wspierania STC, która w ciągu ubiegłych siedmiu lat skonsolidowała politycznie południowców i dobrze uzbroiła swoje oddziały. Broń dla nich będzie nadal płynąć, podobnie jak najemnicy. Być może także do Tarika Saliha, krewnego byłego dyktatora, który po śmierci Alego z rąk Hutich w 2017 roku objął dowodzenie nad siłami dawnej Gwardii Republikańskiej. Choć te tak zwane Jemeńskie Siły Oporu Narodowego formalnie uznają Radę Prezydialną, to w przeszłości korzystały ze wsparcia ZEA, a w rzeczywistości lojalne pozostają jedynie wobec Saliha. Kontrolują obecnie strategicznie położony pas wybrzeża prowincji Taiz, przy cieśninie Bab al-Mandab.
Nie ma więc co liczyć na pokój. W piątek Salim al-Chanbaszi, gubernator Hadramautu z ramienia Rady Prezydialnej, faktycznie reprezentujący interesy Saudów, ogłosił kampanię odzyskiwania kontroli nad prowincją z rąk STC. Pokojową operację, jak twierdził.
Skomentuj