Krystian Kamiński, b. poseł na Sejm
Iran po raz kolejny stał się ekranem, na który Zachód rzutuje własne oczekiwania, lęki i polityczne życzenia.
Kolejna fala protestów w Iranie wygasa. Dzięki niej więcej dowiedzieliśmy się o stanie globalnej infosfery niż o samym Iranie. Bardzo wyraźnie ujrzeliśmy, że serwisy społecznościowe z łatwością stają się narzędziami dezinformacji na skalę globalną. Przypomnijcie sobie, ile razy w ciągu ostatnich dwóch tygodni przeczytaliście, że system Republiki Islamskiej właśnie upada. Taki przekaz wypełnił Facebooka i X. Na jakiej podstawie formułowano tak śmiałe tezy, skoro informacje z Iranu wypływały do nas bardzo cienką strużką, ponieważ władze skutecznie zablokowały łączność internetową?
Wiele wskazuje na to, że mieliśmy do czynienia z czyjąś operacją informacyjną o ogromnym zasięgu, a nie tylko z ruchem organicznym. Warto zwrócić uwagę, że wrogom władz Iranu nie pomógł nawet satelitarny internet Elona Muska. Ograniczenie skuteczności Starlinka pokazuje, na jaki poziom wkracza walka elektroniczna. Pytaniem pozostaje, czy działania te Irańczycy przeprowadzili własnymi narzędziami, czy z pomocą bardziej zaawansowanych technologicznie partnerów. Nie wykluczam jednak, że Irańczycy sami posiadają takie zdolności. Społeczeństwo Iranu należy do najlepiej wykształconych na Bliskim Wschodzie. Kraj ten, będąc pod sankcjami, sam rozwinął swój program atomowy o daleko posuniętym zaawansowaniu, wszechstronny program rakietowy oraz skonstruował szereg satelitów geolokalizacyjnych wynoszonych na orbitę przez Rosjan.
Moja opinia nie dotyczy jednak tylko serwisów społecznościowych. Na przykładzie Polski obserwowaliśmy, jak nawet media kreujące się na poważne, redakcje głównego nurtu podawały najbardziej fantastyczne plotki. I tak przykładowo Wirtualna Polska pisała o zdobywaniu całych miast przez przeciwników irańskich władz, a „Rzeczpospolita” o wywożeniu irańskich rezerw złota do Rosji czy przygotowaniach najwyższego przywódcy Iranu do ucieczki, bez podawania wiarygodnych źródeł ani przekonujących, logicznych przesłanek. Wydarzenia w Iranie pokazały niski poziom wiarygodności wielu polskich redakcji.
Co do samej sytuacji w Iranie. Nie ma wątpliwości, że wystąpienia rozpoczęły się jako protesty niezbyt dużych grup przeciwko fatalnej sytuacji finansowo-ekonomicznej bliskowschodniego kraju. Gwałtowna deprecjacja riala, związana ze zmianą polityki dewizowej władz, to jest wycofaniem się z zapewniania dolara po preferencyjnym kursie dla przedsiębiorców-importerów, dodatkowo napędzająca i tak już galopującą inflację, poruszyła początkowo teherański bazar. „Bazar” funkcjonuje w przypadku Iranu jako termin określający całą klasę społeczną, drobnych i średnich handlarzy, odgrywających niemałą rolę w obrocie w tym państwie, a zarazem będących dość spójną grupą. Warto zauważyć, że bazar odgrywał rolę i w czasie inspirowanego przez Brytyjczyków i Amerykanów zamachu stanu z 1953 roku, przez których został zmanipulowany, i w czasie rewolucji 1979 roku, która zmiotła szacha i po paru latach wydźwignęła do władzy szyickie duchowieństwo oraz zwolenników jego doktryny.
Jednak to, co zaczęło się jako protest na tle społeczno-ekonomicznym, faktycznie przerodziło się w polityczny bunt. Objął on prawdopodobnie większość regionów kraju. Jednocześnie nigdzie, także w stolicy, manifestacje przeciwników władz i samego systemu Republiki Islamskiej nie przybrały takich rozmiarów jak w 2022 roku ani tym bardziej takich jak w 2009. Nie ma również wątpliwości, że w czasie protestów przeradzających się w zamieszki dochodziło do licznych aktów wandalizmu, ataków na przypadkowych ludzi zidentyfikowanych jako zwolenników systemu, a przede wszystkim ataków na funkcjonariuszy państwowych. Najpewniej doszło do użycia broni palnej, koktajli Mołotowa czy noży przez przeciwników władz. Pojawiają się też informacje o akcjach separatystów kurdyjskich operujących z sąsiedniego Iraku oraz co najmniej jednym ataku separatystów beludżyjskich na drugim krańcu kraju.
Trudno było przeoczyć także poparcie, a wręcz mobilizowanie protestujących, przez władze USA, a szczególnie Izraela. W tym drugim przypadku nawet nie ukrywano, że izraelskie służby specjalne biorą udział we wspieraniu przeciwników irańskich władz. Pisano o tym na perskojęzycznym profilu Mosadu w serwisie X. Izraelski Kanał 14 zakomunikował, iż Izraelczycy zbroili bojówkarzy strzelających do irańskich funkcjonariuszy. Czy tak było, nie jestem w stanie ze stuprocentową pewnością odpowiedzieć na to pytanie. Sam fakt jednak takiej kampanii informacyjnej wskazuje na udział Izraela w inspirowaniu coraz bardziej radykalnych form walki z władzami Iranu, a także na kreowanie swojej sprawczości, co ma zwiększyć mobilizację irańskich buntowników przekonanych, że stoi za nimi przemożna potęga.
Wydaje się, że władze zdołały stłumić falę protestów i zamieszek. System Republiki Islamskiej wykazał się odpornością i nie zawahał się użyć siły we własnej obronie. Było to możliwe, ponieważ elita polityczna zachowała spoistość, podobnie jak podlegające jej sektor bezpieczeństwa i siły zbrojne, w których szczególną rolę odgrywa Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej. Choć prezydent Masoud Pezeshkian pełnił rolę trybuna, wsłuchującego się i wyrażającego społeczno-ekonomiczne bolączki obywateli, ani na chwilę publicznie nie wyszedł poza politykę elity. Władze potrafiły też odwołać się do swoich zwolenników. Ich manifestacje z 12 stycznia w Teheranie, o bardzo masowym charakterze, wskazują, poza wieloma innymi przesłankami, że system ma bazę społeczną, na której, będąc skonsolidowanym i uzbrojonym, może trwać.
Jego krytycy twierdzą, że czynnikiem zmieniającym sytuację byłaby interwencja zbrojna z zewnątrz. Przypomnę, że taka już miała miejsce w czerwcu ubiegłego roku. Mimo zmasowanych i dotkliwych uderzeń z powietrza oraz szeroko zakrojonego, wyrafinowanego użycia agentury i dywersji na miejscu system nie padł. Wprost przeciwnie, poszerzył, przynajmniej w tym momencie, swoje poparcie społeczne. Stawiam tezę, że w obliczu pogróżek obcej interwencji władze Iranu nadal je zyskują. Opierają się one bowiem nie tylko na oficjalnej legitymizacji ideologicznej, to jest poparciu dla specyficznego systemu władzy szyickiego duchowieństwa realizującego ład wywiedziony wprost z religii, ale też w coraz większym stopniu na bardzo specyficznym nacjonalizmie irańskim. Specyficznym, bo nieodwołującym się wyłącznie do wąskiej wspólnoty etnicznej Persów, lecz do szerszej identyfikacji z irańską państwowością jako formą trwania oryginalnej i wyrafinowanej cywilizacji.
O ile w Iranie występują tendencje separatystyczne wśród zauważalnych grup Kurdów i Beludżów, są one znacznie słabsze w przypadku Azerów oraz Arabów. Azerowie stanowią od kilkunastu procent do około jednej czwartej ludności kraju i zamieszkują głównie północno-zachodnią część Iranu. Mimo swojej liczebności pozostają w przeważającej mierze lojalni wobec irańskiej państwowości. Warto zauważyć, że Azerem z pochodzenia jest sam najwyższy przywódca Ali Chamenei. Również Arabowie zamieszkujący pogranicze Iraku, stanowiący do 2 procent ludności Iranu, w czasie wojny z Irakiem w latach 80. XX wieku w swojej masie pozostali wierni państwu irańskiemu.
System polityczny Iranu nie ma cech personalistycznej dyktatury. Iran jest ideokratyczną republiką ze skomplikowanym układem instytucji państwowych, reprezentujących pewien pluralizm interpretacji sposobów realizacji przyświecającej państwu ideologii, systemem zawierającym procedury wyborcze i zapewniającym pewną elastyczność oraz zdolność kooptacji aktorów społecznych.
Etniczna mozaika, jaką jest Iran, którego peryferyjne grupy mają swoich krewniaków w krajach ościennych, a także zauważalna mniejszość sunnicka, wśród której operują dżihadyści, jak ma to miejsce wśród Beludżów, określa ewentualną katastrofalność skutków upadku irańskiej państwowości. Biorąc pod uwagę znaczenie Iranu na rynku ropy oraz liczbę jego ludności sięgającą około 90 milionów, skutki byłyby katastrofalne nie tylko dla Bliskiego Wschodu, ale najpewniej także dla Europy.
Donald Trump najpewniej rozumiał te uwarunkowania. Dlatego też, mimo pogróżek pod adresem irańskich władz i, jak się zdaje, faktycznych przygotowań do operacji militarnej, nie podjął on decyzji o jej przeprowadzeniu. Państwowości irańskiej na ten moment raczej nie można zniszczyć bombardowaniami z powietrza. Nie można też przeprowadzić porwania jednego przywódcy, które poważnie zmieniłoby wewnętrzne parametry irańskiego systemu władzy. Pamiętamy wszak tajemniczą katastrofę śmigłowca, w której w 2024 roku zginął poprzedni prezydent Iranu. Czy zmieniło to politykę tego państwa na bardziej spolegliwą i odpowiadającą interesom USA oraz Izraela? Czy zmieniła ją śmierć tak wielu najwyższych oficerów w czasie ataku Izraela?
Można zresztą zapytać, czy Donald Trump osiągnął swój cel wobec Wenezueli, systemu dużo słabszego i bardziej spersonalizowanego. Spektakularna akcja porwania Nicolása Maduro jak na razie nie przełożyła się wprost na znaczącą zmianę polityki zagranicznej czy ułożenia wewnętrznego tego państwa Ameryki Południowej. Głównym zyskiem Trumpa było raczej uderzenie psychologiczne, podbudowa wizerunku USA jako sprawnej potęgi, niewahającej się przed użyciem siły. Polityka Trumpa to więc przede wszystkim polityka spektaklu, mająca jednak realne efekty w takim stopniu, w jakim zmiana percepcji rządzących innymi państwami może wpływać na zmianę ich polityki. To samo dotyczy percepcji społeczeństw, które tworzą uwarunkowania działań polityków. Na przykładzie Polski i licznych polskich komentatorów, publicystów, polityków, zwykłych użytkowników sieci można było się przekonać, jak amerykańska polityka najsprawniej zmienia percepcję Polaków.
Największym zagrożeniem dla Iranu i najgroźniejszym orężem USA pozostają sankcje. To właśnie przy ich pomocy Waszyngton może doprowadzić do takiej biedy w Iranie, w której kruszeć będzie nie tylko lojalność coraz większej grupy mieszkańców, ale też determinacja niektórych członków elity. Trzeba jednak pamiętać, że jedni i drudzy od dekad znoszą już wyrzeczenia, jakich niewiele społeczeństw jest w stanie znosić. Dlatego problem Iranu nie polega na tym, czy system upadnie, lecz na tym, jaką cenę za jego trwanie gotowi są ponieść sami Irańczycy.
Skomentuj