Krystian Kamiński – b. poseł Konfederacji
Zaledwie kilka dni temu przytoczyłem słowa Emmanuela Macrona o „NATO w stanie śmierci”, biorąc pod uwagę to, jak jednostronnie, nie oglądając się na europejskich sojuszników, USA kształtują swoje relacje z Białorusią i Rosją. Tymczasem ostatnie dni dostarczyły jaskrawych objawów tego obumierania, i to w dużym natężeniu.
Ze strony administracji Donalda Trumpa padły stanowcze wypowiedzi, momentami wręcz złośliwe, dezawuujące Sojusz Północnoatlantycki i uczestnictwo Stanów Zjednoczonych w nim.
31 marca sekretarz obrony Pete Hegseth odmówił potwierdzenia automatycznego działania art. 5 traktatu sojuszniczego, stwierdzając, że każde działanie USA wobec sojuszników zależy od decyzji amerykańskiego prezydenta. Tego samego dnia sekretarz stanu Marco Rubio poddał w wątpliwość sens funkcjonowania NATO, sugerując, że po zakończeniu trwającego konfliktu Waszyngton powinien ponownie ocenić relacje z sojusznikami: „Będziemy musieli na nowo ocenić wartość NATO i tego sojuszu dla naszego kraju”.
„Będziemy musieli ponownie zbadać, czy ten sojusz – kontynuował Rubio – nadal spełnia swoją rolę, czy też stał się układem jednostronnym, w którym Ameryka jest jedynie w pozycji obrońcy Europy”. Jak podkreślił, są to „bardzo zasadne pytania”, które będą wymagały szczegółowej analizy po zakończeniu działań zbrojnych.
1 kwietnia sam prezydent USA wypowiadał się na temat Sojuszu: „Zawsze wiedziałem, że to papierowy tygrys i Putin też o tym wie”. Wypowiedź ta nie jest jedynie zakwestionowaniem NATO. Wspomnienie rosyjskiego przywódcy jest zaszytym sygnałem sposobu, w jaki Donald Trump postrzega relacje międzynarodowe. Są one kształtowane nie przez wielostronne systemy bezpieczeństwa zbiorowego, lecz przez koncert mocarstw, w którym słabsi grają w narzuconym rytmie. W tej samej wypowiedzi dla brytyjskiej gazety Trump skrytykował decyzję Francji o nieudostępnianiu baz do ataku na Iran: „Jeśli jednak doszliśmy do punktu, w którym Sojusz NATO oznacza, że nie możemy korzystać z tych baz, że w praktyce nie możemy już używać ich do obrony interesów Stanów Zjednoczonych, to NATO staje się układem jednostronnym”.
W orędziu wygłoszonym w zeszłą środę, powtarzając swój schemat komunikacyjny „wojna idzie wspaniale dla USA, została właściwie wygrana, ale trzeba ją kontynuować”, Trump odniósł się także do kwestii cieśniny Ormuz, nad którą kontrolę przejął Iran. Stany Zjednoczone, do niedawna światowa talasokracja, nie są w stanie jej odzyskać. Trump mimowolnie to potwierdził, mówiąc: „Nie potrzebowaliśmy jej i nie potrzebujemy”, a następnie dając Europejczykom rady: „udajcie się z nami na cieśninę i po prostu ją weźcie”. Czy potrzeba bardziej jaskrawego przykładu upadku hegemonii Waszyngtonu?
W ten sposób dochodzimy do drugiego ważnego procesu, który od strony praktycznej odzwierciedla obumieranie NATO. Jest nim bezprecedensowa odmowa nawet pasywnego uczestnictwa europejskich sojuszników w amerykańskiej agresji na Iran. Oficjalnie wykorzystywania swoich terytoriów lub przestrzeni powietrznej do działań związanych z atakiem odmówiły: Turcja, Hiszpania, Francja i Włochy. Słabsze, lecz wyraźne sygnały w tej sprawie wysłały Niemcy.
Premier Wielkiej Brytanii, do niedawna wyjątkowo lojalnego alianta USA, Keir Starmer, chcąc uciąć spekulacje w swoim kraju, powiedział: „To nie jest nasza wojna i nie damy się w nią wciągnąć”. Jak dodał: „Musimy mieć bliższe relacje z Europą”. Starmer jest liderem Partii Pracy i wywodzi się z jej liberalno-centrowego nurtu, zdefiniowanego przed ćwierćwieczem przez Tony’ego Blaira. Był on jednym z głównych sojuszników Busha juniora, uczestnikiem zniszczenia Iraku, promotorem „konsensusu waszyngtońskiego”, globalizacji i hegemonii USA oraz jednym z filarów atlantyzmu w Europie początku XXI wieku. Postawa Starmera dobrze obrazuje skalę zmian.
W czasie „zimnej wojny”, ale także w okresie hegemonii, Amerykanie rozpoczynając kolejne interwencje militarne dbali o ich legitymizację. Jeśli nie w ONZ, to przynajmniej we własnym obozie. Pierwszą wojnę z Irakiem stoczyli z mandatem organizacji międzynarodowej. Bombardowali i rozbijali Jugosławię oraz wkraczali do Afganistanu na czele misji NATO. Zniszczenie Iraku odbywało się już w węższej, nieformalnej „koalicji chętnych”, podobnie jak w przypadku Libii. Wojna z Iranem, dotykająca skutkami całego świata, została rozpoczęta nie tylko bez zgody czy konsultacji z europejskimi sojusznikami, lecz nawet bez poinformowania większości z nich. Dla Donalda Trumpa liczył się jedynie Izrael i jego koncepcja podporządkowania Bliskiego Wschodu.
NATO obumiera na naszych oczach. Każdy, kto chciałby zamknąć tę dyskusję stwierdzeniami w rodzaju „Trump tylko tak gada” czy „to styl jego komunikacji”, powinien zważyć, że prezydent USA nieco ponad miesiąc temu rozpoczął zmasowaną wojnę, zużywając więcej zaawansowanej amunicji niż w czasie drugiej wojny z Irakiem, o skutkach globalnych. Nie do końca rozumie, z kim walczy, w jakich warunkach, a być może nawet o co walczy. Wygląda tak, jakby lokatorowi Białego Domu wystarczyło, że Izrael miał już skonkretyzowaną agendę.
Proces ten zachodzi niezależnie od tego, czy USA pozostaną jego formalnym członkiem. Obumiera, ponieważ elity amerykańskie, jak elity każdego schyłkowego imperium, sięgają po coraz bardziej radykalne środki obrony swojej pozycji, a koszty destabilizacji ponoszą państwa Europy. Obumiera także dlatego, że nie mogąc utrzymać hegemonii gwarantującej gospodarczo-finansową eksploatację świata, ekipa Trumpa zaczęła przenosić ciężar tej eksploatacji na własnych sojuszników, czego przykładem było zeszłoroczne porozumienie handlowe USA–UE. Wreszcie NATO obumiera, ponieważ interesy Stanów Zjednoczonych i państw europejskich po prostu się rozchodzą.
RozwińZwiń komentarze (8)