Krystian Kamiński – b. poseł Konfederacji
Dużym echem odbiło się sobotnie wystąpienie szefa dyplomacji USA na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa. Marco Rubio jest politykiem lepiej znanym Europejczykom i postrzeganym przez nich jako politycznie bardziej „umiarkowany” i „swój” niż wiceprezydent JD Vance. Delegowanie właśnie jego na konferencję będącą agorą europejskich elit sygnalizuje wolę administracji Donalda Trumpa, by przedstawić im bardziej przyjazną twarz oraz oddziaływać bodźcami w większym stopniu pozytywnymi niż negatywnymi.
W swoim przemówieniu sekretarz stanu odwoływał się do współdziałania z okresu „zimnej wojny”, które miało charakter formacyjny dla europejskich elit. Było to rzecz jasna współdziałanie o jasnym wektorze zależności. Zarazem skrytykował ideologię „końca historii”, będącą sztandarem zwycięstwa w globalnej rywalizacji bloków, podniesionym skądinąd przez elity amerykańskie.
Rubio odrzucił liberalny ekonomizm stojący u podstaw ideologii globalizmu i stanął na gruncie teorii realistycznej. Stosunki międzynarodowe przedstawił jako nieuchronne starcie egoistycznych partykularyzmów politycznych podmiotów. Bronił elementarnego nacjonalizmu rozumianego jako zdolność do utrzymania takiej spójności kulturowej społeczeństwa, by było ono zdolne do reprodukcji swojej kultury bazowej, zaznaczając przy tym sprzeciw wobec masowej imigracji. Dość otwarcie krytykował budowę przez państwa europejskie systemów socjalnych kosztem zdolności militarnych.
„Stany Zjednoczone Ameryki ponownie podejmą się zadania odnowy i odbudowy, kierując się wizją przyszłości równie dumnej, suwerennej i ważnej jak przeszłość naszej cywilizacji. I choć jesteśmy gotowi, jeśli to konieczne, dokonać tego sami, to naszym wyborem i nadzieją jest, że uda nam się to zrobić wspólnie z wami, naszymi przyjaciółmi tutaj w Europie” – zadeklarował Rubio.
Podkreślał zakorzenienie Stanów Zjednoczonych w Europie, a najczęściej odmienianym przez niego pojęciem była „wspólna cywilizacja”. Jak to ujął: „Nasz los jest i zawsze będzie spleciony z waszym, bo wiemy, że los Europy nigdy nie będzie obojętny wobec naszego”. Wymienił chrześcijaństwo jako podstawę jej dziedzictwa, a także „nasiona wolności”, „rządy prawa” i „rewolucję naukową”.
Rubio ukazywał politykę presji Trumpa na Europę oraz jego działania na rzecz zmiany warunków wymiany między USA i Europą jako obronę tejże cywilizacji. Mówił o szkodliwości deindustrializacji i delokalizacji produkcji tak, jakby była ona spowodowana przez Europę i Europejczyków, jakby była przez nich praktykowana w takim samym stopniu jak przez USA oraz jakby konsensus waszyngtoński został wymyślony na Starym Lądzie.
Sekretarz stanu twierdził, że to USA rozwiązują konflikty w Strefie Gazy i na Ukrainie. Użył przy tym negatywnych określeń wobec Iranu, mówił również o „narkoterrorystycznym dyktatorze” z Wenezueli, mimo że amerykański prokurator usunął spośród zarzutów wobec Nicolása Maduro oskarżenie o „kierowanie terrorystyczną organizacją narkotykową”, co dodało nowych wątpliwości do amerykańskiej narracji o tak zwanym „kartelu słońc”, nigdy niepopartej poważnymi dowodami. Ten fragment przemówienia miał raczej onieśmielić słuchaczy obrazem amerykańskiej potęgi niż przekonać ich argumentacją.
Rubio posunął się także do niezwykłego, jak dotąd w narracji amerykańskich elit, dezawuowania XX-wiecznej dekolonizacji. Przedstawiał zdobycie niepodległości przez dawne europejskie kolonie jako efekt inspiracji komunizmem i ZSRR. Wyraźnie odciął się od narracji winy za kolonializm, co stanowi istotny metapolityczny zwrot w amerykańskiej interpretacji historii. Tymczasem to właśnie USA odegrały ważną rolę w rozmontowaniu klasycznych europejskich imperiów kolonialnych, czego wyrazistym przykładem był kryzys sueski w 1956 roku, by następnie budować w tak zwanym „trzecim świecie” własne wpływy, prefigurujące turboglobalizację realizowaną od lat 90. XX wieku.
W swoim przemówieniu Rubio otwarcie przejawiał suprematyzm cywilizacji Zachodu. Oczekiwał od sojuszników budowy własnych podstaw siły militarnej, które jednak miałyby być wykorzystywane w ramach agendy Waszyngtonu, do czego sprowadza się logika przemówienia o jedności cywilizacyjnej. Za sformułowaniami muskającymi struny utrwalonych w czasie „zimnej wojny” odruchów zależności kryje się wola utrzymania hegemonicznej pozycji Waszyngtonu, już nie w skali świata, lecz w skali ekumeny transatlantyckiej.
Wraz z zawężaniem się tej hegemonii to właśnie Europa może stać się eksploatowanymi peryferiami, a nie uprzywilejowanymi wasalami odcinającymi swoje kupony w systemie eksploatacji reszty świata.
Gdy Rubio mówił o niesionym przez USA wyzwoleniu od „strachu zmiany klimatycznej, strachu wojny i strachu przed technologią”, to ostatnie było czytelnym odniesieniem do prób państw europejskich opodatkowania i kontrolowania amerykańskich baronów cyfrowych, zyskujących władzę nad komunikacją i świadomością setek milionów mieszkańców naszego kontynentu. Było to kolejne potwierdzenie obecnego podejścia Amerykanów do Europejczyków.
Odwołując się do patriotyzmu cywilizacyjnego Zachodu, choć już nie neoliberalnego, Rubio mówił o „naszych interesach”. Pozostawało to w jaskrawej sprzeczności z tym, jak konkretne polityki administracji Donalda Trumpa definiują interesy USA, szczególnie ekonomiczne i finansowe, jako faktycznie sprzeczne z interesami państw europejskich oraz konstrukcją wspólnego rynku.
Gdy Rubio mówi o suwerenności gospodarczej i powtórnej lokalizacji kolejnych ogniw łańcuchów produkcji, można podejrzewać, że nie interesuje go to w skali Polski, Francji czy Litwy, lecz w skali imperialnej, transatlantyckiej USA, w której Europa byłaby zmuszona do przyjęcia nierównych warunków wymiany dóbr i usług, gwarantujących przepływ wartości dodanej do amerykańskiej metropolii. Nikt nie zamanifestował tego dążenia tak jawnie jak administracja Trumpa w ciągu zaledwie roku swojego funkcjonowania.
Eksploatowanie tej retoryki można odczytać jako przygotowanie dalszej presji na państwa europejskie w celu przyłączenia się do polityki odpychania i podcinania ekonomicznych podstaw Chińskiej Republiki Ludowej.
Amerykanie nie walczą dziś o „nasze miejsce w świecie”, to znaczy Polski czy Europy, lecz o swoje własne. Słowa o „najstarszych przyjaciołach” i kształtowaniu kolejnego stulecia razem z nimi są retorycznym woalem okrywającym wolę narzucenia swojej polityki oraz warunków wymiany korzystnych dla amerykańskiego kapitału, a być może także dla obywateli USA pracujących dla niego za oceanem, dla których Europejczycy stają się coraz częściej konkurentami, takimi samymi jak w innych regionach świata.
Przemówienie Rubia było łagodniejsze retorycznie, bardziej erudycyjne i łechcące próżność europejskich polityków niż wystąpienie Vance’a. W tym sensie było znacznie lepiej zaprogramowane politycznie, choć i tamto miało swoją dialektyczną rolę jako retoryczna pałka. W gruncie rzeczy oba promowały to samo.
Za hasłami o konieczności zbrojenia się Europejczyków i wzięcia odpowiedzialności za siebie kryje się wola, by wzięli oni na siebie większe koszty utrzymania wpływów amerykańskiego państwa i kapitału oraz dobrobytu obywateli USA.
Wielce charakterystyczne jest to, że przedstawiciele administracji Trumpa wykorzystują wielkie słowa o cywilizacji i historii po to, by zasłonić nimi brak konkretnych, wiarygodnych i wiążących ofert w dziedzinie bezpieczeństwa czy gospodarki dla państw europejskich, ofert zawierających obietnicę strukturalnego rozwoju Europy. Waszyngton chce utrzymania zysków wynikających z politycznej dominacji, lecz bez ponoszenia dawnych kosztów jej utrzymania.
Reakcja europejskich polityków i przedstawicieli kręgów opiniotwórczych, którzy przyjęli przemówienie Rubio burzą oklasków, a także słowa przewodniczącego Konferencji Wolfganga Ischingera, który już w pierwszym zdaniu swojego komentarza zapytał retorycznie: „Czy usłyszałeś westchnienie ulgi dochodzące z tej sali, kiedy po prostu słuchaliśmy tego, co można zinterpretować jako przesłanie otuchy i partnerstwa?”, pokazują, jak bardzo europejskie elity nie rozumieją, co się wokół nich dzieje, albo rozumieją i są gotowe przyjąć rolę, jaką przewiduje dla nich nowa Ameryka.
