5 tysięcy złotych z KPO za szkolenie jak klikać w kalendarz dla salonu beauty!

Paweł Usiądek – członek Rady Liderów Konfederacji

Patrzcie na co mogą iść pieniądze z KPO oraz KFS. Polecam sobie przejrzeć całą kategorię “Informatyka i telekomunikacja” w BUR (Baza Usług Rozwojowych).

Słyszałeś o jachtach z KPO? To samo dzieje się z unijną kasą na szkolenia zawodowe. Tylko że tutaj łupem nie są luksusowe łodzie, a kursy z “zarządzania kapitałem ludzkim w mikroprzedsiębiorstwie” za 8 tys. zł czy “zielone wykorzystanie AI”.

Baza Usług Rozwojowych to państwowa platforma, przez którą firmy i pracownicy mogą ubiegać się o dofinansowanie szkoleń ze środków europejskich. Pomysł brzmi sensownie. Rzeczywistość jest inna.

W BUR-ze znaleźć można tysiące ofert, z których część to rzetelne kursy z prawdziwą wiedzą. Ale obok nich funkcjonują całe fabryki papierowych kwalifikacji. Jednodniowe szkolenie online za kilka tysięcy złotych. Materiały skopiowane z pierwszych wyników Google. Trener, którego jedynym doświadczeniem jest to, że sam skończył podobny kurs rok wcześniej.

I kto za to płaci? Ty. Podatnik. Przedsiębiorca. Bo pieniądze nie biorą się z powietrza — to środki publiczne, unijne i krajowe razem.

Przypomnijmy sobie jachty z KPO. Miliony złotych miały iść na “aktywizację turystyczną”, a skończyły na luksusowych kutrach dla wybranych. Tu mechanizm jest identyczny — inna tylko sceneria. Zamiast marynarki, garnitury. Zamiast przystani, sale konferencyjne z kawą i ciasteczkami. Efekt ten sam: kasa przepada, a obywatel dostaje nic.

System jest zaprojektowany tak, żeby kontrola była iluzoryczna. Instytucje pośredniczące zatwierdzają dostawców według papierowych kryteriów. Nikt nie sprawdza, czy wiedza faktycznie trafia do uczestników. Ważne, że formularz wypełniony, zdjęcia z sali zrobione, podpisy zebrane.

Prawdziwe szkolenia zawodowe — spawacze, elektrycy, programiści, mechanicy — istnieją i są potrzebne. Ale giną w morzu fikcyjnych kursów, które tylko drenują budżet i dewaluują wartość prawdziwych kwalifikacji.⁩