Krystian Kamiński – b. poseł na Sejm
Nieco ponad miesiąc temu pisałem o czarnych chmurach zbierających się nad Arabią Saudyjską po tym, gdy faktycznie rządzący nią następca tronu, książę Muhammad ibn Salman, postanowił w lipcu reaktywować wojnę w Jemenie. Decyzja o zbombardowaniu lotniska w jemeńskiej stolicy Sanie, kontrolowanej przez Ansarullah, popularnie nazywany też, od nazwiska klanu przywódcy, ruchem Hutich, okazała się katastrofalnym błędem strategicznym.
Być może książę Muhammad chciał tylko potwierdzić dalsze obowiązywanie blokady lotniczej i morskiej części Jemenu znajdującej się pod władzą tamtejszych zajdytów i nie spodziewał się eskalacji, co z kolei wystawiałoby fatalne świadectwo jego kwalifikacjom jako przywódcy politycznego. Ansarullah nie ograniczył się jednak do odwetu. Przeszedł do ofensywy.
W ciągu ostatnich pięciu dni stołeczne lotnisko Saudyjczyków – Port Lotniczy im. Króla Chalida – było atakowane czterokrotnie. W sobotę pocisk uderzył w budynek terminalu pasażerskiego. Efekt: 12 osób zabitych, 309 rannych. Już w niedzielę rijadzkie lotnisko stało się celem ponownego ataku. Według źródeł saudyjskich zginęła w nim jedna osoba, a 11 zostało rannych. Główne lotnisko Królestwa zostało zamknięte. Zdjęcia satelitarne wskazują, że trafiony został jego główny terminal pasażerski. Zarządzono również zamknięcie szkół w Rijadzie i przejście na nauczanie zdalne.
Pociski dosięgły także siedziby instytucji stanowiącej jeden z fundamentów potęgi Królestwa Saudów – państwowego koncernu naftowego Aramco w Az-Zahranie. Uderzenie wyprowadzono także na lotnisko w przygranicznym mieście Abha. W piątek porażony został naftoport Janbu, pozwalający Saudyjczykom wywozić ropę z pominięciem blokowanej przez Irańczyków Cieśniny Ormuz. To tylko najważniejsze cele, na które spadły pociski balistyczne Ansarullahu.
Prosaudyjskie frakcje twierdzą, że odbiły fragment wybrzeża strategicznej cieśniny Bab al-Mandab. Jeśli to prawda, to ich zdobycze nie obejmują ani Mokki, ani żadnego poważniejszego ośrodka, co oznacza, że mogą być nietrwałe. Niewykluczone zresztą, że są wręcz fikcyjne. Tymczasem Ansarullah prowadzi działania zmierzające do okrążenia Taiz, ważnego ośrodka ekonomicznego tego zrujnowanego kraju, położonego w otoczeniu żyznych obszarów nadających się do uprawy rolnej. Taiz ma też duże znaczenie symboliczne – jest nazywany kulturalną stolicą Jemenu. W ostatnich dniach ciężkie walki toczyły się o miejscowość Al-Misrach, której kontrola przechodziła z rąk do rąk. Zajdyci próbują zacieśnić pierścień okrążenia wokół metropolii, prowadząc działania również na kierunkach prowadzących ku jej przedmieściom. Gromkie deklaracje prosaudyjskiego, międzynarodowo uznawanego rządu Jemenu o powszechnej mobilizacji ludności w celu walki z Ansarullahem okazały się mieć znaczenie wyłącznie retoryczne. Swoistym podsumowaniem ze strony zajdytów okazało się trafienie rakietą siedziby tegoż rządu w nadmorskim Adenie.
Przebieg walk stawia pod znakiem zapytania skuteczność uważanych do tej pory za niezawodne systemów obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej Patriot i THAAD, które Arabia Saudyjska posiada w znaczących liczbach. Mimo ogromnych nakładów na uzbrojenie Saudyjczycy okazują się niezdolni do skutecznej ochrony nawet najważniejszych obiektów swojej infrastruktury, takich jak główne lotnisko kraju czy instalacje sektora naftowego. Może to wskazywać na wysoki stopień wyrafinowania irańskiej technologii rakietowej, z której korzysta Ansarullah (podobnie jak skala zniszczeń amerykańskich baz wojskowych, w które celowali sami Irańczycy), na wyczerpywanie się zapasów pocisków przechwytujących do tych systemów, zużywanych wcześniej podczas odpierania irańskich ataków, bądź na brak kompetencji ich saudyjskich operatorów. W tym czasie amerykańskie wyrzutnie stoją bezczynnie, rezerwowane najwyraźniej wyłącznie do osłony baz USA w Królestwie i całym regionie.
Kompromitacji księcia Muhammada ibn Salmana dopełniają jego kolejne apele do Amerykanów, Europejczyków, Turków czy Pakistańczyków z prośbami o pomoc. Nikt się nie kwapi. Wszyscy bowiem rozumieją, jak łatwo ugrzęznąć w kolejnej wojnie z Ansarullahem i jak trudno ją wygrać.
Wracam do tego konfliktu, ponieważ jego przebieg unaocznia dwie fundamentalne prawidłowości rządzące rywalizacją międzynarodową. Po pierwsze, skuteczność dobrze przygotowanej i konsekwentnie realizowanej strategii walki asymetrycznej. Oczywiście jemeńscy zajdyci nie są po prostu „dzikusami w klapkach”. Operują nowoczesną bronią rakietową i dronową, a nie tylko lekką piechotą poruszającą się na Toyotach Hiluxach. Niemniej jasne jest, że ich arsenał nie dorównuje arsenałowi Saudów, którzy tylko od 2014 roku wydali na amerykańskie uzbrojenie zawrotną sumę 66 miliardów dolarów. Na papierze powinni więc już dawno rozgromić Ansarullah. Tymczasem od lat nie potrafią go pokonać. Co więcej, sami ponoszą kolejne porażki.
Jest tak dlatego – i to druga ważna kwestia – że ani pieniądze, ani broń same w sobie nie wygrywają wojen. Wygrywają je ludzie. Ci, którzy potrafią zadawać przeciwnikowi straty, a w tym kluczowe znaczenie mają kompetencje taktyczne oficerów i umiejętności praktyczne żołnierzy. Jednocześnie jednak wygrywają tylko ci, którzy sami są w stanie straty ponosić, przyjmować kolejne ciosy i walczyć dalej. A pod tym względem liczą się kultura, etos, idea, motywacja do walki. Ubodzy Jemeńczycy ją mają. Inaczej niż opływający w dostatki Saudyjczycy, wysługujący się w Jemenie militarnymi pośrednikami, faktycznymi najemnikami, i obawiający się wysłać do niego własne siły lądowe.
Można kupić najnowocześniejszą broń, można wydać na nią dziesiątki miliardów dolarów. Nie można jednak kupić woli walki. Polityka i wojna nigdy nie opierają się wyłącznie na zasobach materialnych.
