Rząd chce usunąć z faktur informację o tym, ile płacisz za unijny ETS!

Rząd chce usunąć z faktur informację o tym, ile płacisz za unijny ETS!

Paweł Usiądek: Skoro jest taki korzystny, po co go ukrywać!? Minister Miłosz Motyka i rząd Tuska właśnie wykreślili z projektu rozporządzenia taryfowego obowiązek informowania Polaków, ile dokładnie płacą za unijny system handlu emisjami CO2 (ETS) – to celowe zaciemnianie prawdy.

Od teraz na fakturach nie będzie procentowej informacji o udziale ETS w cenie energii. Skoro ten system jest taki „korzystny”, jak przekonuje Bruksela i koalicja Donalda Tuska, to dlaczego Motyka tak pilnie chce go przed nami ukryć?

Zamiast jasnego rachunku, gdzie każdy obywatel mógł zobaczyć, że nawet 15–23% jego rachunku za prąd to unijny klimatyzm, dostaniemy „czytelne podsumowanie”: kwota do zapłaty, energia, dystrybucja. I tyle. Reszta – w tym gigantyczne koszty uprawnień do emisji, które dla węglowej energetyki sięgają 50–60% kosztów wytwarzania – ma zniknąć z oczu.

To nie przypadek. To świadoma decyzja rządu, który boi się, że Polacy w końcu zobaczą skalę tej unijnej haraczu. Kiedy ceny uprawnień rosną, a rachunki i tak są wysokie, władza woli, żebyście nie wiedzieli, za co tak naprawdę płacicie.

Ministerstwo tłumaczy to „ograniczoną użytecznością” informacji dla odbiorców i kosztami dla spółek energetycznych. Serio? Informacja, że co piąty–czwarty złoty z Waszego rachunku idzie na ETS, ma „ograniczoną użyteczność”? Dla kogo – dla zwykłego Kowalskiego, czy dla euroentuzjastów z Tuskiem na czele?

Polak ma święte prawo wiedzieć, ile płaci za szaleńczą zieloną politykę Unii. Najpierw mrożenie cen, potem bon energetyczny, a teraz – ukrywanie prawdziwych kosztów. Klasyczna strategia: ogłupiać społeczeństwo, żeby łatwiej było wciskać kolejną unijną agendę.

Konfederacja od początku mówiła jasno: ETS to cichy podatek na polski przemysł i polskie rodziny. Należy go wyrzucić do kosza a nie ukrywać jego koszty!